Artukuły

Moje miejsce

Tagi: ekologia, energia odnawialna

Niemal każdy mieszczuch choć raz w życiu marzył, by uciec przed otaczającym go zgiełkiem i osiedlić się w jakimś spokojnym i sielskim miejscu. Coraz więcej osób decyduje się na kupno domu pod miastem i codziennie dojeżdża do pracy kilkadziesiąt kilometrów. Inni idą jeszcze dalej - rzucają pracę, przeprowadzają się na głęboką prowincję i całkowicie zmieniają tryb życia. Wszystkich ich łączy jedno - chcą być bliżej natury. Bliskość ta - jak wkrótce się przekonują - ma swoje dobre i złe strony.

Przez setki lat upragnionym kierunkiem migracji były duże miasta. Jeśli ktoś marzył o lepszym życiu, to pakował węzełek, opuszczał rodzinną wieś i ruszał w świat. Miasto dawało większe możliwości zarobku, rozwoju i awansu społecznego. Tu można było znaleźć lepszą pracę i zarobić więcej pieniędzy. I w zasadzie tak jest do dziś. Proces migracji ze wsi do miast rozwinął się na wielką skalę w czasach rewolucji przemysłowej w XIX wieku, obejmując początkowo kraje Europy i Ameryki, a następnie przenosząc się na inne kontynenty. Obecnie najszybciej rozrastają się aglomeracje azjatyckie, a problemem stał się głód przestrzeni. W 2008 roku osiągnęliśmy najwyższy w historii poziom urbanizacji - aż 50% światowej populacji mieszkała w miastach. Dynamicznie rozwijające się gospodarki krajów takich jak Chiny i Indie potrzebują coraz więcej rąk do pracy. Do metropolii migrują miliony ludzi, skuszonych wizją lepszego życia. Szukają choćby najskromniejszego lokum, byle tylko w mieście, a najlepiej w samym jego sercu.

Jednocześnie w państwach wysoko rozwiniętych od kilku dziesięcioleci obserwuje się tendencję odwrotną. Mieszkańcy dużych aglomeracji przenoszą się na przedmieścia, gdzie powstają nowe, stale rozrastające się osiedla. W peryferyjnych dzielnicach można zrealizować marzenie o domu, kawałku własnego ogródka i ogniu, wesoło trzaskającym w kominku. Podmiejską sielankę zakłóca konieczność codziennych dojazdów do pracy, które mogą być prawdziwą drogą przez mękę. Wiedzą o tym mieszkańcy położonych na obrzeżach dzielnic Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Poznania, Gdańska i Katowic, którzy spędzają długie godziny w korkach. Są tacy, którzy po paru latach mają tego serdecznie dość i dochodzą do wniosku, że niewielki ogródek i możliwość grillowania z sąsiadami nie rekompensuje im męczących dojazdów. Sprzedają upragnione niegdyś domy i kupują mieszkania bliżej miejsca pracy. Nie brak jednak śmiałków, którzy decydują się na bardziej radykalną zmianę: całkowite rozstanie z  miastem.

O takich właśnie ludziach opowiada film Moje miejsce na wsi, który pokazujemy na antenie Domo. Bohaterami dokumentu są mieszkańcy maleńkiej wioski Mesnil-Eglise w Belgii. Wśród liczącej zaledwie 120 osób społeczności przeważają przybysze z miasta, m.in. ze stołecznej Brukseli. Rdzenni mieszkańcy to głównie osoby starsze. Większość młodych już dawno wyjechała. Dwie dekady temu wydawało się, że wieś jest skazana na wymarcie. I wtedy pojawili się pierwsi przyjezdni. Miastowi, którzy postanowili zacząć nowe życie z dala od zgiełku, na łonie natury. Pełni entuzjazmu, chęci do pracy i wiary we własne siły. Tubylcy patrzyli na nich jak na wariatów. No bo kto normalny zostawia dobrą pracę i mieszkanie w mieście i wprowadza się do starej rudery lub buduje dom w szczerym polu? Kto dobrowolnie rezygnuje z wygód i decyduje się na  ciężką, fizyczną harówkę? Bo życie na wsi to nie sielanka. Śpiew ptaków, czyste powietrze, przestrzeń i wschody słońca to tylko część rzeczywistości, z którą trzeba się zmierzyć. Jak zauważa jeden z nielicznych młodych, rdzennych mieszkańców Mesnil-Eglise, dla miastowych najtrudniejsza jest pierwsza zima. Wraz z nadejściem chłodów życie w wiosce niemalże zamiera, robi się jeszcze bardziej cicho. Ludzie rzadko wychodzą z domów, szybko zapada zmrok. Dla osób towarzyskich i przyzwyczajonych do zgiełku to ciężka próba. Wielu przyjezdnych jej nie wytrzymuje. Ci, którzy wytrwali, uważają, że zima jest ludziom potrzebna tak samo jak przyrodzie. To czas odpoczynku i wyciszenia, niezbędny, by nabrać energii i na wiosnę znowu zabrać się do pracy. A tej nie brakuje, tym bardziej, że społeczność Mesnil-Eglise jest bardzo aktywna i aż kipi pomysłami.

Ci spośród przyjezdnych, którzy przetrwali pierwszą zimę i sporo kolejnych, to przeważnie przedstawiciele wolnych zawodów. Pasjonaci, którzy chcieli żyć w zgodzie z naturą i swoimi przekonaniami. Entuzjaści ekologii i zdrowej żywności, mający zarazem wielki sentyment do tradycji. I właśnie to połączenie tradycji z ekologią jest jedną z cech wyróżniających Mesnil-Eglise spośród innych wiosek. Nowe domy buduje się tu według bardzo starej technologii - ze sprasowanej słomy pokrytej gliną. Taki dom jest niedrogi, łatwy w budowie i dobrze trzyma ciepło, a budulca na wsi nie brakuje. Podobnie jak wiatru, co mieszkańcy postanowili skrzętnie wykorzystać. Jeden z nich, prawdziwy pasjonat, zaprojektował potężny wiatrak, który obecnie wytwarza energię elektryczną dla czterech wsi. Fundusze na budowę wiatraka pozyskano ze środków unijnych. To jednak nie koniec. Mieszkańcom Mesnil-Eglise marzy się całkowita samowystarczalność energetyczna, planują kolejne inwestycje. Tworzą prężną społeczność i potrafią się zorganizować, choć nieraz dochodzi między nimi do sporów i konfliktów. Stanowią grupę silnych osobowości, które potrafią jednak się dogadać i wspólnie pracować. To dzięki nim Mesnil-Eglise jest wyjątkowe, bo jak mówi jeden z mieszkańców wioski: „To ludzie mają dusze, a nie miejsca.”

Edycja wpisu

zawijanie tekstu